Kolejna propozycja z użyciem drożdży.I kolejny dowód na to, że warto mieć je w lodówce. Zawsze! W końcu coś dla mięsożerców.
ciasto
-
2,5 szklanki mąki pszennej
-
30g świeżych drożdży
-
3/4 szklanki wody
-
2 łyżki oleju
-
szczypta soli
-
łyżeczka cukru
farsz
-
300g mielonego mięsa ( ja dałam schabu,ale może być łopatka wieprzowa )
-
100g wątróbki z kurczaka
-
3 łyżki posiekanej natki
-
średnia, pokrojona w kostkę cebulka
-
1/2 suchej bułki
-
jajko
-
sól, pieprz
-
jajko
-
łyżka mleka
-
1/2 łyżeczki majeranku
Mięso obsmażyć z obu stron, po czym wrzucić do garnka i dusić aż do miękkości. Ostudzić.
Całość wraz z namoczoną bułką, zmielić w maszynce. Dodać posiekaną natkę, cebulkę, sól i pieprz. Masę wymieszać z jajkiem.
Drożdże rozpuścić w cieplej wodzie, z dodatkiem cukru. Dodać tyle mąki,
by masa osiągnęła konsystencję gęstej śmietany. Przykryć ściereczką i
pozostawić do wyrośnięcia w ciepłym miejscu.
Piekarnik nastawić na 190 stopni.
Resztę mąki przesiać do miski. Dodać olej, sól i wyrośnięty rozczyn.
Wyrabiać, aż ciasto stanie się jednolite i elastyczne. Podzielić na pół i rozwałkować na cienki placek. Wycinać dosyć duże koła.
Ulepione pierożki przełożyć na blaszkę, wyłożoną papierem do pieczenia.
Posmarować rozmąconym jajkiem z dodatkiem odrobiny mleka z majerankiem.
Piec, aż do uzyskania złoto-brązowego koloru, około 20 minut.
Ciepłe podawać z sosem tzatzyki lub sosem czosnkowym.
Obudziłam się rano i pomyślałam - zapiekanki! Takie jak robił ojciec, gdy byłam mała. Ser, pieczarki i pasta pomidorowa.
Wstaję i powolnym, zaspanym krokiem zmierzam do kuchni. Nie ma chleba.
Jeśli 22-tego ma być koniec świata, to mój malutki miał miejsce dzisiaj.
Ale jak to nie ma chleba?! Z czego ja zrobię zapiekanki?!
Po chwili zadzwonił telefon. Mama.
- Aniu, uważaj jest bardzo ślisko. Ciotka złamała wczoraj rękę.
Pierdzielę! Nie wychodzę! A śniadanie?!
Wiem, że nie wszyscy za produkt pierwszej potrzeby uważają drożdże, ale nie raz były jednym z niewielu, które tuż obok światła zalegały w lodówce. A chleb jest rzeczą banalną. Wystarczy zmieszać parę składników, poczekać aż wyrosną i upiec. Brzmi prosto i jest to proste.
Bo kto nie lubi kromki ciepłego, świeżego pieczywa z masłem?
-
250g mąki pszennej
-
150g mąki razowej
-
1 łyżeczka soli
-
2 łyżki oleju
-
1 łyżeczka cukru
- 20g świeżych drożdży
- 300 ml ciepłej wody
- 5 ząbków czosnku
Do miski wlać pół szklanki ciepłej wody. Dodać drożdże i dokładnie
wymieszać , aż do rozpuszczenia. Dodać 3 łyżki mąki. Całość wymieszać,
przykryć talerzykiem i pozostawić do wyrośnięcia w ciepłym miejscu.
Mąki przesiać do miski. Dodać rozczyn, olej i sól. Wyrobić ciasto.
Dodać pocięty w plasterki czosnek i wyrabiać jeszcze przez parę minut.
Ciasto przykryć ściereczką i zostawić na 1-1,5 godz do wyrośnięcia.
Włożyć do natłuszczonej formy i piec w rozgrzanym piekarniku 40 minut w temperaturze 200 stopni.
Kolejna Walentynkowa słodycz. Tym razem będzie prościej.
krem pomarańczowy, tzw. orange curd
- sok z 3 pomarańczy ( wyszło jakieś 1 i 1/3 szklanki)
- 1/2 szklanki cukru
- skórka otarta z 1,5 pomarańczy
- 2 żółtka
- 1 całe jajko
- 2 czubate łyżeczki mąki
- 100g masła
Sok wlewamy do garnuszka. Dodajemy cukier, skórkę z pomarańczy, mąkę i rozmącone jajka. Stawiamy na małym ogniu i mieszając podgrzewamy. W zasadzie mieszamy non stop, aż masa zacznie gęstnieć, co oznacza, że przy tej czynności spędzimy najbliższe 5 minut. I nawet nie myślcie o tym, aby zwiększyć płomień. Chyba, że zamiast kremu, chcecie otrzymać pomarańczową jajecznicę, wtedy nie hamujcie swojej ciekawości. Ale zapewniam, że otrzymana breja nie zachwyci waszych kubków smakowych.
Masa zgęstniała - czyli jest prawie gotowa. Brawo! Teraz już tylko wrzucamy pokrojone w kawałki masło i co robimy? Mieszamy. Krem odstawiamy w chłodne miejsce do całkowitego przestygnięcia.
babeczki czekoladowe
- 2 tabliczki gorzkiej czekolady
- 1/2 szklanki maki
- 100g masła
- 3 jajka
- 1,2 szklanki jogurtu naturalnego
- szklanka mąki
- skórka otarta z 1,5 pomarańczy
- cukier puder do posypania
Składniki powinny zostać wyjęte przynajmniej 2-3 godziny wcześniej, aby nabrały temperatury pokojowej. Piekarnik nagrzewamy do temperatury 180 stopni.
Czekoladę roztapiamy w kąpiel wodnej - czyli mały garnek z wodą stawiamy na najmniejszym płomieniu. Na to kładziemy metalową miskę, a do niej połamaną na kawałki czekoladę. Gotująca się woda, wytwarza parę. Ta podgrzewa naczynie, stojące na garnku i tak czekolada się topi. Gdy już osiągnęliśmy ciekły stan skupienia, zestawiamy miskę, aby masa lekko przestygła.
Masło miksujemy ze stopniowo dodawanym cukrem, do otrzymania białego puchu . Wbijamy po jednym jajku, cały czas ucierając. Masa może zacząć się ważyć, ale zupełnie nie przejmujcie się tym faktem. Tak ma być. Następnie dodajemy mąkę, skórkę pomarańczową i jogurt - za każdym razem, dokładnie mieszając. Na koniec mieszamy z przestygniętą czekoladą.
Foremki na muffiny wypełniamy papilotkami i do każdej nakładamy po pełnej łyżce masy. Wstawiamy do piekarnika na 12-15 minut.
Po upieczeniu zostawiamy do przestygnięcia.
Ostrym nożem odkrawamy górę babeczki, nie grubszą niż 5mm. Małą łyżeczką wydrążamy środek, robiąc miejsce na krem. W wierzchniej części foremką, robimy dziurkę o kształcie serca. Ale równie dobrze może to być gwiazdka, koło, kwadrat... Możliwości macie wiele, wyobraźnię bujną. Działajcie.
Kremem napełniamy środek i kładziemy górę. Całość posypujemy cukrem pudrem. No i co? Takie to trudne?
Pomimo, że za oknem prawie wiosna nadal w pamięci mamy siarczyste mrozy sprzed dwóch tygodni. Dlatego dzisiaj proponuję lekką, pożywną i bardzo rozgrzewającą zupę z soczewicy.
- 1,5 szklanki czerwonej soczewicy
- 2 cm kawałek obranego imbiru
- 3 ząbki czosnku
- 2 małe marchewki
- mała pietruszka
- 1/2 średniego pora
- 3 garście świeżego szpinaku baby
- 3 duże łyżki koncentratu lub puszka pomidorów w zalewie
- 3 listki laurowe
- 1/2 łyżeczki chilli
Marchew, pietruszkę i imbir obrać i pokroić w słupki. Por oczyścić i pokroić w plasterki.
Soczewicę opłukać i zalać 2 litrami wody.
Do garnka dodać pokrojone na plasterki czosnek oraz imbir, listki laurowe i chili.
Gotować do momentu, aż soczewica zacznie się rozpadać.
Dodać marchew i pietruszkę. Po 10 minutach wrzucić pora i dodać koncentrat pomidorowy. Gotować do momentu, aż warzywa zmiękną.
Liście szpinaku opłukać i dorzucić na samym końcu.
Doprawić solą do smaku.
Daję słowo. Zostałam wrobiona! Nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni.
I tak pewna pani Katarzyna, która to kiedyś obiecała mi kawę - czy przypadkiem nie minęło juz pół roku? - postawiła przede mną nie lada zadanie. Ma być walentynkowo.
O ile serduszka, misiaczki i inne słodko-badziewiaste gadżety mnie nie przekonują, to słodycze tak. Im bliżej święta zakochanych, tym bardziej człowieka mdli, dlatego uodparnianie zaczniemy stopniowo. Od lekko słodkiego sernika nowojorskiego.
Posiada on same zalety. Jest łatwy, aksamitny w smaku, nie opada. Powiedziałabym, że nawet sierota typu "mam dwie lewe ręce, przypalam wodę" zrobi go bez żadnego problemu.
Swoją drogą - czajnik przypalam średnio dwa razy w miesiącu. I co z tego?!
spód ciasta
- szklanka płatków owsianych
- 80 g masła
- 1/2 szklanki cukru pudru
masa serowa
- 250 g serka mascarpone
- 600 g serka śmietanowego
- 4 jajka
- 1/2 szklanki cukru pudru
- 6 łyżek śmietany 18%
- 3 łyżki mąki pszennej
- otarta skórka z cytryny
- laska wanilii
galaretka malinowa
- 1 łyżka żelatyny
- 50 ml gorącej wody
- 3/4 szklanki soku z malin
- kilka łyżeczek jogurtu naturalnego
Płatki owsiane miksujemy blenderem czy też w młynku do kawy. Przesypujemy do miski. Dodajemy roztopione masło i cukier puder. Mieszamy dokładnie i przekładamy do wyłożonej papierem do pieczenia tortownicy o średnicy 22cm. Ugniatamy i wstawiamy do lodówki.
Ser mascarpone mieszamy z cukrem pudrem na jednolitą masę.
Laskę wanilii rozkrawamy na pół i wyjmujemy to co najlepsze - nasionka. Dodajemy do masy serowej i ponownie mieszamy.
Następnie dodajemy pozostałe składniki, czyli ser śmietankowy, jajka, śmietanę, mąkę i skórkę z cytryny. Całość miksujemy na małych obrotach tak aby nie zostawić żadnych grudek.
Masę przelewamy na spód owsiany.
Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni.
Formę owijamy dwoma warstwami folii aluminiowej i wstawiamy do większego naczynia. I tu pojawiają się jęki. - Ja nie mam ... . Ja też! Skoro tortownica ma 22 cm średnicy, ciężko ją zmieścić do żaroodpornego naczynia, które zazwyczaj jest prostokątne. Duża forma na szarlotkę będzie idealna.
Czyli wstawiamy formę małą do formy dużej. Tak? Tak. Całość idzie do pieca. I teraz- uwaga- lejemy wrzącą wodę z czajnika do dużej formy. Tak do 3/4 czy też 2/3 wysokości naszej tortownicy z sernikiem.
Pierwsze 10 minut pieczemy w temp. 180 stopni. Następnie obniżamy ją do 110 stopni i pieczemy 80 minut, tzn. ja piekłam. Tak naprawdę ważne jest doglądanie ciasta - stąd ten fotel. Po 40 minutach warto lekko potrząsnąć formą sernika. Pomoże to nam ocenić poziom ścięcia masy.
Gdy uznamy, że nasz sernik jest zwarty i gotowy, wystawiamy go z piekarnika. Uwaga! Blachy są ciężkie, a woda gorąca. Ostrożnie. Sezon tuż tuż. Odstawiamy do przestygnięcia. A potem na noc do lodówki.
Rano wchodzimy do kuchni, robimy kawę, a pozostałą gorącą wodą z czajnika zalewamy żelatynę. Dodajemy
sok malinowy i wszystko dokładnie mieszamy, aż do rozpuszczenia.
Gdy galaretka osiągnie już stan bardzo lekko zgęstniały - nie lejący, nakładamy ją na sernik i wyrównujemy. Następnie małą łyżeczką robimy kleksy jogurtu. Zdecydowanym ruchem przeciągamy przez środek okrągłego kleksa, rozciągając go na kształt serca. Et voila!
Wstawiamy na godzinę, góra dwie a potem możemy pałaszować.
I na koniec mała dygresja. Gęstość masy zależy od rodzaju użytego sera. Wiadomo - ser mascarpone jest zbity, ale wiaderkowy, może już być o przeróżnej konsystencji. Jeśli masa wyjdzie wam bardzo rzadka, dodajcie jedną łyżkę mąki więcej. Jeśli będzie gęsta - jedną mniej.
Tak samo trzeba ostrożnie podchodzić do czasu pieczenia. Piekarników jest jak mrówków. Każdy inny. Najlepiej jeśli przytargacie sobie wygodny fotel do kuchni, zrobicie kawę i zatopicie się w lekturze ciekawej książki, od czasu do czasu rzucając okiem - a nawet dwoma, w stronę ciasta.
Poleciłabym taką jedną, ale wtedy jestem pewna, że sernik się przypali i nici z przyjemności jedzenia.
Drożdżowe przekąski typu ślimaczki , paszteciki czy też inne zawijasy uważam za nieodzowny posiłek na wszelakie wyprawy czy to samochodem czy też motocyklem. Coś małego na dwa kęsy, co zjesz podczas postoju. Sycące, bo przecież to buła z farszem.
Dowolność składników daje wiele kombinacji smakowych. Zamiast mąki pszennej można użyć pełnoziarnistej, razowej, przeróżnych mieszanek, dodać otręby czy tez pestki słonecznika ... I długo tak można pisać. Lepiej zrobić i spróbować samemu.
Ciasto
Drożdże i cukier rozpuścić w ciepłym mleku. Dodać tyle mąki, aby ciasto
uzyskało gęstość śmietany 22%. Przykryć ściereczką i pozostawić do
wyrośnięcia w ciepłym miejscu.
Piekarnik nastawić na 190 stopni.
Resztę mąki przesiać do miski. Dodać olej, sól i wyrośnięty rozczyn.
Wyrabiać, aż ciasto stanie się jednolite i elastyczne. Przykryć ściereczką i pozostawić na około 30-40 minut do wyrośnięcia.
Farsz ze szpinaku
-
4 łyżki śmietanki UHT 18%
-
pestki dyni według uznania
Szpinak dusić do miękkości. Dodać wyciśnięty czosnek, sól, pieprz.
Żółtko rozbełtać ze śmietanką. Dodać do szpinaku i dokładnie wymieszać.
Dusić jeszcze przez chwilę. Dodać starty ser.
Farsz z cukinii
-
1/2 szklanki słodkiej śmietanki UHT 18%
Cebulę pokroić w drobną kostkę i wraz z czosnkiem przesmażyć w
rondelku. Cukinię zetrzeć na tarce o dużych oczkach. Dodać do zeszklonej
cebulki. Chwilę poddusić i zalać śmietanką.
Dodać sól i pieprz.
Dusić około 20-25 minut. Wystudzić. Dodać starty ser. W składnikach nie występuje ilość, ponieważ uważam, że jest to sprawa indywidualna. W moim przypadku był to 100 gramowy kawałek, który po starciu, rozdzieliłam na oba farsze.
Ciasto podzielić na pół i rozwałkować na cienki placek. Na każdy nakładać farsz i zrolować.
Ostrym nożem pokroić na 1,5 cm kawałki i ułożyć na papierze do
pieczenia. Posmarować rozmąconym jajkiem po wierzchu. Piec około 20-25
minut w temp. 190 stopni.
Zawsze uważałam, że pierwszy post powinien być wyjątkowy.Nie wiem czy jest czy nie jest. Po prostu miałam ochotę na ciasto. A może raczej potrzebę zrobienia ciasta.
Swoją drogą to straszne. Siedzisz i myślisz o zimie, motocyklu, sezonie, który miał trwać, ale pogoda wzięła się i zepsuła... Pozostaje ukrycie się w kuchni i przeczekanie tych paru tygodni, nim znów powróci wiosna.
Ale nie o tym miałam pisać.
Nie ukrywam, że przepis jest pracochłonny, ale naprawdę warto.
biszkopt kakaowy
- 1 łyżka mąki ziemniaczanej
krem aroniowy
- 5 łyżek frużeliny z aronii - chociaż równie dobrze możecie
zastąpić go dżemem z porzeczki bądź jakimkolwiek innym, z kwaśniejszych
owoców
- 1/4 szklanki rozpuszczonej galaretki cytrynowej lub mieszaniny żelatyny
krem mascarpone
- 1/4 szklanki galaretki lub mieszaniny żelatyny*
ganasz czekoladowy
poncz
- 1/4 szklanki nalewki różanej, może być każda inna
- 1/4 szklanki gorącej wody
*mieszanina żelatyny, to nic innego jak dwie łyżki żelatyny rozpuszczone w 100ml gorącej wody
Piekarnik nastawiamy na 170 stopni.
Białka ubijać na średnich obrotach. W momencie gdy lekko zaczną się
pienić, zacząć dosypywać po trochu cukier. W ostateczności otrzymujemy
błyszczącą, zwarta pianę.
Dodajemy żółtka i mąkę. Całość delikatnie mieszamy. Możemy użyć miksera, ale zróbmy to na najwolniejszych obrotach.
Blachę o wymiarach 26x32 wykładamy papierem do pieczenia. Nie
panikujmy, jeśli takiej nie mamy. Forma może być dowolna. Równie
dobrze, możecie użyć małej tortownicy 20-tki i przeciąć placek na dwie
części. Wtedy wydłużacie czas pieczenia o 10- 15 minut. Najlepiej stopień upieczenia sprawdzać patyczkiem.
Masę równomiernie rozkładamy. . Wstawiamy do nagrzanego piekarnika na 20
minut. Ze względu, że jest to cienki placek, pilnujemy by ciasto się
nie przypiekło. Po upieczeniu odstawiamy do ostygnięcia.
Galaretkę cytrynową lub dwie łyżeczki żelatyny zalewamy pół szklanki gorącej wody. Mieszamy do rozpuszczenia.
Frużelinę lub dżem mieszamy z 1/4 mieszaniny żelatynowej. I tu są
dwie opcje. Albo możemy ją przetrzeć przez sitko, przez co pozbędziemy
się pestek albo zostawić tak jak jest. Wasz wybór.
Śmietankę ubijamy i gdy już się lekko zsiądzie, dodajemy masę
owocową.
Mascarpone ubijamy na wolnych obrotach z pozostałą częścią
mieszaniny żelatynowej. Do lekko spulchnionej masy dolewamy śmietankę i
miksujemy - również na wolnych obrotach.
Robimy poncz, czyli łączymy nalewkę z wodą i mieszamy.
Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Dodajemy śmietankę i mieszamy. Odstawiamy do przestygnięcia.
Placek kroimy na dwie równe części.
Spód nasączamy ponczem. Ja do tego używam najzwyklejszego pędzla - takiego do malowania. Świetnie się sprawdza.
Nakładamy masę owocową. Wyrównujemy i przyciskamy drugim plackiem.
Ten również nasączamy i kładziemy na niego warstwę z mascarpone.
Wyrównujemy. Polewamy ganaszem. Wstawiamy do lodówki na minimum
kilka godzin, a najlepiej zostawić na noc. Najlepszy po 24 godzinach,
chociaż wątpię, że przetrzyma tyle czasu.
A na koniec, skoro to pierwszy post, taka mała prywata. Chciałabym bardzo podziękować Adze, Marlenie, Tymowi i Dobrej Duszyczce. W pewien sposób, przyczyniliście się do powstania tego bloga.